wtorek, 26 czerwca 2012

Butelki z benzyną i kamienie...


Cool Kids of Death to zespół mojej młodości, czasów liceum i burzliwego związku. Zawsze będę miała do niego ogromny sentyment. Jako nastolatka ceniłam go za bunt, dopiero z wiekiem zaczęłam zwracać uwagę na niekonwencjonalny sposób przekazu. Twórczość Cool Kids of Death dla wielu ludzi pozostaje niezrozumiała. Tymczasem trzeba się dobrze wsłuchać w teksty, ponieważ mnóstwo w nich metafor. Słuchając pierwszy raz „Znam cię na pamięć”, można odnieść wrażenie, iż piosenka wręcz zachęca do samobójstwa. Tymczasem w miarę głębszego zapoznawania się z utworem, można zauważyć, że jest to swojego rodzaju naśmiewanie się z oddawania życia za „wiarę”. Pod „wiarą” mogą kryć się młodzieńcze ideały, które z czasem okazują się niewarte poświęcenia. Niektórzy czytając o Cool Kids of Death jako zespole grającym rock alternatywny, z góry zakłada, że alternatywny=udziwniony. Zresztą ten przymiotnik jest często negatywnie odbierany.

Moim ulubionym albumem jest ten wydany w 2002 roku pod tytułem „Cool Kids of Death”. Płytę rozpoczyna kawałek o tym samym tytule. Według mnie nawiązuje on do udziału w wojnach i misjach militarnych, które często zbierają krwawe żniwa. Jednocześnie wskazuje na zafałszowany obraz świata serwowany przez media. Wyraża bunt przeciwko zakłamywaniu rzeczywistości. Sam kawałek utrzymany jest w typowo rockowych, dość prostych klimatach. W refrenie powtarza się „cool kids of death”.

Numerem 2 na krążku jest kawałek „Butelki z benzyną i kamienie”. To moja ulubiona piosenka Cool Kids of Death. Podoba mi się od strony tekstowej, muzycznej, poza tym jest to „nasza” piosenka. Z moim chłopakiem śpiewaliśmy ją za każdym razem, gdy sprawdzian nam nie poszedł. Jest to piosenka pełna młodzieńczego buntu. Pozwalała mi się wyżyć, gdy po tygodniu, w którym spałam może 5 godzin, ze sprawdzianu z biologii dostawałam jedynie 2. Mam do niej ogromny sentyment. Jest to swojego rodzaju groźba adresowana do przedstawicieli show-biznesu, dziennikarzy, prezenterów telewizji muzycznych, szefów agencji reklamowych, menedżerów itp. Uwielbiam tę piosenkę w wersji studyjnej, a kocham jej wersję wykonaną podczas koncertu w Radiowej Trójce, gdzie całość jest zaśpiewana bardziej żartobliwie. Słuchając tej piosenki, za każdym razem mam przed oczyma ogromne blokowisko, na którym mieszka mój chłopak, gdzie wychodzi się na deskę, sączy piwo pod klatką.

„Dwadzieścia kilka” to kawałek o młodzieży pozbawionej ideałów, celów i planów. Wskazuje na brak autorytetów. Jednocześnie akcentuje pewien dość poważny problem. Nasi dziadkowie musieli walczyć na froncie, rodzice zmagać się z komunizmem, a pokolenie wychowane w wolnych czasach często nie ma żadnych celów, ideałów. Mentalność młodych ludzi coraz częściej kształtują media. Telewizja, gry komputerowe itp. Jednocześnie w tekście padają słowa „tylko Iggy Pop miałby szansę”. W 2002 roku, gdy ta płyta trafiała na rynek, pokolenie „dwadzieścia kilka” to te, które przyszło na świat na początku lat 80. Gdy dorastali, nabierali świadomości, to interesowali się muzyką.

„Nielegalny” to kolejny przewrotny kawałek. Z jednej strony wyraża bunt wobec zastałych zasad, nierzadko absurdalnych przepisów. Ale czy rzeczywiście jest to sprzeciw wobec ustawodawstwa? A może to chęć ucieczki, schowania się przed otoczeniem wytyczającym drogę, jaką należy podążać, planującym życie?

„Niech wszystko spłonie” to kawałek o rodzinnym mieście, które się nienawidzi. Najprościej byłoby uciec od problemów, ale można próbować zmieniać rzeczywistość. W to miejsce można tchnąć życie, ale trzeba najpierw zniszczyć wszystko to, co było złe. Kawałek niekoniecznie dotyczy miasta. Miasto można utożsamiać z własnym życiem, w którym można wprowadzić ład, znaleźć szczęście, ale trzeba się pozbyć wszystkiego tego, co nas ogranicza i czyni nieszczęśliwymi.

„Zdelegalizować szczęście” to kolejny przewrotny kawałek. Media lansują kolejne ideały piękna itp., człowiek kierując się nimi, staje się nieszczęśliwy i zgorzkniały. Figury kobiet z okładki mogą wpędzać w kompleksy. Podobnie jak zawody miłosne. Przeżywając porażki, trudno patrzeć na szczęśliwych ludzi wokoło.

„Generacja nic” to nie tylko tytuł jednego z kawałków na płycie CKOD, ale także tytuł artykułu, który w 2002 roku ukazał się w „Gazecie Wyborczej” i opisywał pokolenie, które przegrało swoją wolność. Nie stworzyło żadnej kultury o wspólnym mianowniku, a konieczność zarobku sprawiła, że wielu utalentowanych ludzi decyduje się na schlebianie masowym gustom.

„Piosenki o miłości” opowiada o związku dwojga ludzi, który się rozpadł, ale w momencie, gdy każde z nich zaczyna układać sobie życie z kimś innym, pojawia się syndrom psa ogrodnika. Pojawia się zazdrość, ale nie jest ona raczej podyktowana rzeczywistym uczuciem, ale zasadą: „jak może po mnie nie płakać”.

„Kręcimy się w kółko” opisuje zjawisko pielęgnowania w sobie niechęci do płci przeciwnej. „Wszystkich kolesi mamy dość”, „wszystkie dziewczyny są smutne i złe”. Przypisywanie komuś z góry pewnych cech, to droga prowadząca donikąd. Podobnie jak świat pozbawiony idei, media schlebiające masowym gustom.

„Poezja nie jest dla mnie” uwielbiam ten kawałek za warstwę muzyczną kojarzącą mi się z rockiem z lat. 60. To utwór opowiadający o świecie, gdzie rację bytu mają tylko ci, którzy potrafią się przebić, zaistnieć, są chłodni i posługują się prostym językiem. Można to odnieść do transformacji, do dzisiaj pokutuje pogląd, że osoby mniej przedsiębiorcze przegrały na niej. We współczesnym świecie ogromną rolę odgrywa zbieranie informacji, tzw. research. Umożliwia on dostosowanie strategii marketingowej firmy do potrzeb pewnych grup społecznych.

„Radio miłość” to piosenka o realiach działania mediów. Nastawione na zysk, sięgają po tanie sensacje, plotki. Pomiędzy kolejnymi niezwykłymi doniesieniami emitowane są reklamy. „Na nikim w ogóle psów nie wieszać” -igranie z władzą jest niebezpieczne. Nie ma znaczenia, czy wskazuje się na nieprawidłowości mające miejsce w polityce czy też w związkach wyznaniowych. Zwracanie uwagi na wewnętrzne problemy zorganizowanych struktur, nigdy nie jest odbierane jako forma troski, lecz spotyka się z atakiem instytucji, których błędy są wykazywane. Teoretycznie mamy wolność słowa, w praktyce są pewne informacje, których nie odważy się opublikować żadne radio czy gazeta, ponieważ pociągałoby to za sobą poważne problemy.

„Specjalnie dla TV” to krytyka mediów poszukujących tanich sensacji okupionych cierpieniem innych. Wojna, wybuchy, tajfuny, śmierć to najbardziej nośne tematy. Zawsze spotkają się ze sporym zainteresowaniem. Poszukując taniej sensacji, jednocześnie zatracamy wrażliwość i empatię. Cierpienie przestaje być czymś, co budzi współczucie, zaczyna być tym, co budzi zainteresowanie.

„Uważaj” opowiada o osobach, które żyją na świeczniku, potrafią ustawić się w życiu i tym samym budzą niechęć i nienawiść otoczenia. Często przestajemy w nich dostrzegać ludzki pierwiastek. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną i wykonanie, to z całego albumu właśnie ta piosenka najmniej przypadła mi do gustu.

A Wy lubicie Cool Kids of Death? Jaka jest Wasza ulubiona płyta i piosenka?


piątek, 6 stycznia 2012

"Floe" Moonlight

Długo zastanawiałam się, czy w ogóle warto opisywać swoje przeżycia związane z albumem wydanym w roku 2000 przez zespół, który pięć lat temu został rozwiązany, ale uznałam, że warto, ponieważ dziś takie płyty zdarzają się bardzo rzadko. Mowa o krążku "Floe" nieistniejącego już zespołu Moonlight. Jest to zespół tworzący muzykę z pogranicza progresywnego rocka, metalu gotyckiego, art rocka. Rzeczywiście utwory tej grupy cechują się swoistym "uduchowieniem", magią, artyzmem. Niezwykły głos Mai Konarskiej, poetyckie teksty i muzyka, która potrafi być zarówno eteryczna, zmysłowa, jak również ostrzejsza.


Album "Floe" rozpoczyna "Tabu", od tego kawałka przed wieloma laty rozpoczęła się moja przygoda z Moonlight. Uwielbiam tę piosenkę za sposób wykonania, kobiecy, zmysłowy, eteryczny. Na początku mam wrażenie, że słyszę głos nimfy, ale po chwili następuje mocniejsze uderzenie, budzące niepokój, przenosimy się do mrocznego zamku, w którym czyha na nas szereg niebezpieczeństw.  Tekst tego utworu sprawia wrażenie kartki wyrwanej z tomiku poezji.
"W drugim spojrzeniu
Widziałam nas
Gdy kochamy się
Jak obrazy dwa
Jak samotność już opuszcza mnie 
Jestem tak pewna siebie

To takie jadowite 
Gdy tak patrzysz tu na mnie 
Jak grzech, którego 
Jestem tak bliska "

Tekst nie jest pozbawiony erotyzmu, zmysłowości. Za to go uwielbiam i często powracam do tego kawałka. Ja za każdym razem widzę w tej piosence tłumione pożądanie, które narodziło się pomiędzy kobietą a mężczyzną.

"Lekarstwo na sen" uwielbiam za zmysłowy, spokojny wokal opowiadający o samotności, obłąkaniu. Tekst zapada w pamięć, podobnie jak wykonanie. W tym utworze to nie muzyka, ale głos Mai buduje całą aurę, niepowtarzalną atmosferę. Muzyka przesuwa się na dalszy plan. Dopiero w połowie utworu, muzyka staje się ostrzejsza i buduje atmosferę niepokoju.

"Dzień za dniem, 
Widzę w sobie zmiany, 
Mniej spokoju. 
Trochę jakby obłąkana. 
Skąd ten wiatr wydął żagle? 
W bezkresnej pustce mojej głowy 
Stoję, odwracam się nagle. 
Słońce? Nie, to nie słońce. 
Otwieram drzwi drewniane. "


"List z raju" to piosenka dotykająca tematyki egzystencjonalnej. Z utworu wyraża się katastrofalna wizja świata, z którego nie zostało nic. Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że obcuję z poezją:
"Ktoś spalił ogrody z naszymi snami
Wyrwał korzenie marzeń,
Podeptane kwiaty naszych rozkoszy
Marnieją samotnie"
Za każdym razem zachwycam się artyzmem "Listu z raju" i wokalem Mai, zwłaszcza w 2:41, kiedy takim delikatnym, kobiecym głosem śpiewa:
"Raju nie ma już 
Takim jak pamiętasz 
Gaśnie słońce nad rajem 
Ratuj przyjacielu to co pozostało
Ratuj przyjacielu to co pozostało"


"Taniec ze śmiercią" jest utworem bonusowym, który  należy do grona piosenek, do których wracam przynajmniej raz w tygodniu. Przepełniony emocjami, energetyczny, ostry refren, który jest bardzo wymowny:
"Tylko już mnie nie całuj i nie dotykaj 
Już mnie nie całuj i nie dotykaj
Już mnie nie całuj i nie dotykaj
Już mnie nie całuj i nie dotykaj
Już mnie nie całuj i nie dotykaj
Już mnie nie całuj i nie dotykaj"

Maja potrafi budować nastrój przy użyciu swego niepowtarzalnego głosu, który potrafi być ostry, nieznoszący sprzeciwu (refren) i bardzo eteryczny, pobudzający zmysły (zwrotki".
Ten kawałek to ogromne pole do popisu dla osób, które lubią interpretować teksty. Z jednej strony refren może sugerować, że mamy tu do czynienia z obrazem tuż po rozstaniu, zakończeniu związku, ale czy jest to związek z mężczyzną, a może zwiastun nadchodzącej, nieuchronnej śmierci? Lubię, gdy piosenka pobudza wyobraźnię i bywa interpretowana na różne sposoby.
"Jesteś zimna 
Gdy błądzisz dłonią po szyi mojej 
Jak nadgarstki muskasz 
Jak serce ściskasz mocno 
Wreszcie miejmy swój szczyt 
Razem dojdźmy do końca "


"Obsesja" naprawdę budzi niepokój, nastrój obłąkania, obsesji, postradania zmysłów udziela się także słuchaczowi. Tutaj, podobnie jak w "Tabu" odnajduję erotyzm, zmysłowość. 
"I znowu wiem 
Jak czujesz się Ty 
Kiedy przychodzisz 
Poczuć rozkosz 
Nasycić wzrok i ciało 
Jesteś choć nie chciałbyś 
By wiedział ktoś 
że to Ty 
Żadnych słów 
W ciszy trwa nasza gra 
To narkotyk Twój "

"Meren Re (akt ostatni)" to bardzo spokojny utwór przepełniony smutkiem, słabością. 
"Krzycząc jak ucho ludzkie nie słyszało jeszcze, j
ak z bólu krwią pluł wszystkim po twarzach,
 jak padł na błoto i wył"
Ten kawałek skłania do refleksji nad  ogromem bólu i bezradności wobec cierpienia.

"Meren Re (Dobranoc" może kojarzyć się z kołysanką ze względu na aksamitny głos Mai i tytuł, ale to nic bardziej mylnego. 
"Posłuchaj teraz ptaki i drzewa,
Niebo deszczem spływa i płacze"
"Prywatne tragedie tysiące rodzin"
Ten utwór interpretuję jako zadumę nad bólem, cierpieniem osób, które straciły bliskich, ich żałobą. Owe "dobranoc" interpretuję jako ostatnie pożegnanie.

"..." kojarzy mi się z muzyką wywodzącą się z innej kultury. Głos Mai także przenosi nas w regiony odmienne kulturowo. Ten kawałek buduje aurę tajemniczości niczym częściowo przykryta twarz arabskich tancerek.

"Shadizar" to moim zdaniem opowieść o kobiecie, którą okoliczności zmuszają do prostytucji. Za każdym razem czuje się "brudna", ale mimo to po raz kolejny daje się dotykać kolejny męskim dłoniom. "Shadizar" kojarzy mi się z imieniem kobiety, wychowanej w kulturze arabskiej, w której kobiety nie mają prawa głosu, nie mogą decydować o własnym życiu.

"Kiedy myśli mi oddasz" to utwór rozpoczynający się od nastrojowej gry na fortepianie. Głos Mai jest spokojny, kojący.
"Z kimś innym będziesz 
I oczy otworzysz przytomne 
Spyta sennie: "Co Ci jest?" 
Po ciszy zbyt długiej odpowiesz - nic 
Kiedy kwiat Ci podaruje 
Nie róży ciepło poczujesz 
To będę ja i zapach mojej skóry 
Którego tak brakuje 
I podarujesz mi myśl"

Za każdym razem, jak słyszę ten fragment, to czuję ten zapach kwiatów, skóry. Ten tekst jest bardzo sugestywny, pobudzający wyobraźnie. 

"Kochanka" uwielbiam za ostry, pełny pretensji i gniewu wokal Mai oraz ostrą muzykę kojarzącą się z szałem. Tekst pełny jest erotyzmu, zmysłowości.
"Któż jak nie On 
Tchnął w ciało Twe 
Dzikość nieludzką 
Któż jak nie On 
Dał Ci 
Lubieżność zmysłów 
I fantazję opętaną 
Z moim ciałem grałaś 
Gdy kochanką byłaś moją 
Gdy skradziona zostałaś 
Przeze mnie 
Patrzyliśmy w siebie 
Zanim ciała nasze 
Splotły się pierwszy raz 
Najpierw niewninnie 
Jakbyś nie wiedziała 
Kto ciało Ci dał 
Będąc w piekle dotykałaś nieba 
Nie raz 
Zamykałaś oczy i brałaś 
Chciałaś i chciana byłaś 
Odeszłaś nagle jak drobina marzeń"

Tym razem zacytowałam cały tekst, bo chciałam pokazać, że ta piosenka aż kipi erotyzmem, sensualnością. Lubię ten sposób wyrażania seksualności. Nie mamy tu do czynienia z wulgarnością, ale sztuką, poezją. 

"Nic w życiu nie zdarza się przypadkowo" to wykonanie a capella. Głos Mai kojarzy mi się ze zmysłowymi, jazzowymi piosenkami Anny Marii Jopek.

wtorek, 3 stycznia 2012

"Dekada", czyli najnowszy album Strachów na Lachy

Strachy na Lachy w związku ze zbliżającą się 10. rocznicą założenia grupy, wydały album zatytułowany "Dekada". Ów album stanowi zbiór 15 utworów wydanych na wcześniejszych krążkach i jedną premierową kompozycję. Jest to swoiste podsumowanie działalności artystycznej zespołu.


Na płycie znalazła się m.in. "Raissa", "BTW (Mamy tylko siebie)", "Moralne salto", "Dzień dobry, kocham cię", "Piła tango", "Jedna taka szansa na sto", "Żyję w kraju", "Twoje oczy lubią mnie", "Ostatki nie widzisz stawki". To są moje ulubione kawałki, do których powracam za każdym razem, gdy mój humor zaczyna szwankować. Mają genialne teksty i muzykę, która bywa określana jako miejski folk.

Ponadto na płycie znajdziemy jeszcze: "Strachy na Lachy". "Krew z szafy", "Po prostu pastelowe" i "Cygański zajeb", "Czarny chleb i czarna kawa", "Chory na wszystko". Nie są to złe kawałki, nawet je lubię, aczkolwiek nie powracam do nich tak często jak do tych wymienionych powyżej. Świetnie się bawi się przy nich na koncertach, ostatni raz skakałam na nich wiosną. Przy "Cygańskim zajebie" razem z kolegą wczuliśmy się w klimat, było świetnie. Tak się wykrzyczałam, że na drugi dzień straciłam głos:D

Energetyczna "Awangarda, jazz i podziemie" to nowy kawałek na płycie "Dekada". Obecnie jest grany w wielu stacjach radiowych, także w tych bardziej komercyjnych jak Radio Wawa. Utwór potrafi rozbudzić, poprawić humor i zapomnieć o Bożym świecie. Przynajmniej ja, za każdym razem, gdy go słyszę, przestaję się koncentrować na tym, czym się zajmuję, tylko skupiam się na nim.

Nowy singiel nawiązuje moim zdaniem do twórczości Pidżamy Porno. Mniej kojarzy mi się ze Strachami, nie zawiera elementów charakterystycznych dla tej grupy. Ponieważ uwielbiam twórczość Pidżamy, to ów fakt bardzo mnie cieszy. Nie wiem dlaczego, ale "Awangarda, jazz i podziemie" kojarzy mi się z "Ezoterycznym Poznaniem". Może ze względu na ogrom szaleństwa zawartego w obydwu kompozycjach.

Warto kupić płytę, jeśli chce się mieć najlepsze kawałki grupy na jednym albumie.

A Wy słyszałyście już najnowszy singiel Strachów? Też się Wam kojarzy z Pidżamą? Jakie są Wasze ulubione kawałki Strachów?

czwartek, 29 grudnia 2011

Imago-nowy album Artrosis

Gdy listopadzie wychodziła płyta „Imago” grupy Artrosis, byłam bardzo ciekawa jej brzmień. Należę do osób, które wychowały się na „Szmaragdowej nocy” i „Pośród kwiatów i cieni”, ale w miarę, jak zmieniały się brzmienia na bardziej elektroniczne, Artrosis stawało mi się coraz bardziej odległe. Należę do tych osób, które nie przepadają za nadmiarem elektroniki w gotyku i w ogóle rocku. Wolę bardziej klasyczne brzmienia. O ile przekonałam się do albumu „Con Trust”, o tyle do tej pory nie polubiłam się z „Melange”.
W internecie spotkałam się z opinią, że „Imago” zawiera coś dla tych, którzy słuchali Artrosis do krążka „Fetish” i tych, którzy polubili Artrosis, gdy grupa przerzuciła się na bardziej elektroniczne brzmienia. Muszę przyznać, że w pełni zgadzam się z tą opinią. Moim zdaniem „Imago” to swoisty powrót do klasyki połączony z elementami elektroniki.
Płyta jest raczej spokojna, skłaniająca do refleksji nt. przemijania. Już sam tytuł nawiązuje do dojrzałości. Imago to postać dorosła postać owada.
Może zacznę od kawałka, który od razu zapadł mi w pamięć. Mowa o singlu promującym album „Nie tamta już”. Utwór jest najmocniejszym kawałkiem na płycie. Nie brakuje w nim emocji, nic dziwnego w końcu opowiada o wewnętrznej przemianie kobiety, która odnalazła w sobie siłę, żeby zerwać toksyczny związek. Oczywiście, ten kawałek można interpretować zupełnie inaczej, to są tylko moje odczucia. „Nie tamta już” to nie tylko mocny wokal Magdy i pełna energii muzyka, ale także ostry tekst:” sama z sobą pogodzona teraz wiem, czego chcę, na kolanach odpowiadasz za swój grzech”.

Kolejnym kawałkiem, który polubiłam jest „Fatalne przeznaczenie”. Jest to spokojny utwór, podobnie jak większa część albumu. Bardzo nastrojowy, melancholijny. Opowiada o tęsknocie, samotności. Bardzo przypadł mi do gustu tekst, który szybko zapada w pamięć. Moim zdaniem pobudza on wyobraźnię, wprawia w melancholijny nastrój. Za każdym razem, gdy słyszę fragment „W chłodnej bieli prześcieradeł”, to autentycznie udziela mi się ten chłód.

Za każdym razem, jak słyszę „Panta rhei” to czuję atmosferę upływającego czasu i uświadamiam sobie, jak ważne jest to, aby w pełni wykorzystać każdą chwilę. Chociaż „Panta rhei” zawiera w sobie najwięcej elementów elektronicznych, to śpiewany przez dzieci tekst:”Zegara równy ton zaprasza przeznaczenie, przegrywa twój nietrwały sen, homogeniczny godzinę po godzinie, nic nie trwa wiecznie, panta rhei”, sprawia, że i mi udziela się atmosfera przemijania. Kawałek pomimo elementów elektronicznych, potrafi zbudować nastrój.

„Imago” rozpoczyna odgłos kojarzący się z bólem, cierpieniem. Piosenka opowiada o kobiecie, która spełniała wszystkie zachcianki mężczyzny, który okazał się łgarzem. Teraz musi zbudować na nowo swój świat. Tutaj po raz kolejny można odnaleźć motyw przewodni płyty. Dojrzałość sprawia, że dostrzega swoje błędy.

„Chcę znów tam być” wielu osobom kojarzy się z Depeche Mode, ja akurat nie czuję ten inspiracji. Udziela mi się oniryczny, senny nastrój tego utworu, to główna zasługa wokalu Magdy, który wydaje się być kojący, chociaż przedstawiana historia jest trudna. Bardzo klimatyczny utwór.

„Tysiąc prawd” rozpoczyna się od przepięknej wstawki fortepianowej. Tutaj po raz kolejny możemy poznać historię nieszczęśliwej miłości. Odrzucona kobieta postanawia pozbyć się wspomnień, ale nie jest to łatwe. Myślę, że ten utwór, podobnie jak cała płyta „Imago” wymaga odpowiedniego nastroju, inaczej ciężko będzie ją całą przesłuchać.

„Za wszystko nic” to kolejna przepełniona bólem historia kobiety, która nie ma już sił, by samodzielnie walczyć o swoją rodzinę, związek. Ta walka kosztuje ją zbyt wiele bólu i jest bezowocna. Refren jest bardzo wymowny:
Zrozum to!
Tam nad przepaścią stoi dziś nasz dom!
Nie wiesz jak boli
Gdy oddajesz wszystko
Nie dostając nic”

Ale nie tylko refren zapada w pamięć, na mnie ogromne wrażenie robi także następujący fragment:
Zmurszałych wspomnień bukiet wręczasz mi”. W Artrosis ceniłam zawsze umiejętność opowiadania o nieszczęśliwej miłości. Nie jest to tandetne, kiczowate, tylko ocierające się miejscami o poezję, przez co mogę to wysłuchać do końca.

Bardzo lubię „Doskonałą” za gniew, rozczarowanie, jakie wyraża wokal Magdy. Nie przeszkadza mi nawet elektronika. Wizja świata w tym utworze przepełniona jest pesymizmem. Moim zdaniem jest to utwór, który najbardziej ociera się o magiczną tematykę, aczkolwiek nadal pozostaje realistyczny w swej wymowie.

Moje niebo” to piosenka nacechowana nadzieją, opowiada o stanie euforii, zakochania. Aczkolwiek nie jest to mdła, przelukrowana piosenka o miłości, której nie da się słuchać.

Już tylko śnij”, to w moim odczuciu piosenka o przemijaniu, żegnaniu się ze światem doczesnym. Niewątpliwie skłania do refleksji.

Reasumując, płytę uważam za udaną, ale do jej wysłuchania trzeba mieć nastrój. Na pewno nie należy ona do łatwych i przyjemnych, które można przesłuchać w samochodzie, jadąc na zakupy, ponieważ wymaga uwagi.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Imaginaerum-najnowszy album Nightwisha

Wiele osób ceni sobie dorobek grupy Nightwish z czasów Tarji Turunen. Odkąd Tarję zastąpiła Anette, część fanów odwróciło się od zespołu, uważając, że zaczął grać słabiej, poniżej swoich możliwości. Ja akurat należę do tych osób, które lubię twórczość grupy z obu okresów. Owszem, nie da się ukryć, że Nightwish z Anette brzmi inaczej, ale inaczej nie musi oznaczać gorzej.

Dlaczego piszę dziś o Nightwishu? Od dwóch tygodni na okrągło słucham najnowszego krążka "Imaginaerum". Moim zdaniem jest to świetny album. Anette nie ma wprawdzie głosu operowego, nie wyciągnie takich wysokich dźwięków jak Tarja, ale moim zdaniem radzi sobie całkiem nieźle. Moim ulubionym kawałkiem z najnowszego dzieła jest "Storytime. Cenię go za melodyjność, ogrom energii, warstwę tekstową oraz wokal Olzon.  Za każdym razem, jak słucham tego kawałka, mam wrażenie, że śpiewa go elf, nimfa. W moim odczuciu ma w sobie pewną cząstkę magii, tajemnicy. Myślę, że tę atmosferę buduje delikatny, niewinny wokal Anette.

Płyta jest dziełem koncepcyjnym, opowiada historię starego kompozytora na łożu śmierci, który wspomina swoje żyje.  Niebawem ma się ukazać film pod tym samym tytułem co album Nightwisha.

Zaczęłam od mojego ulubionego kawałka "Storytime", tymczasem album otwiera przepiękna piosenka, stylizowana na swoistą kołysankę, wykonywany w języku fińskim przez mężczyznę. Jestem nią oczarowana, ponieważ sam język uważam za pełny magii i tajemnic. Utwór rozpoczyna się od nastawienia pozytywki, która odtąd będzie odmierzać czas.

"Ghost River" to kawałek świetny od strony muzycznej, chłopaki nieźle wymiatają na instrumentach, a Anette też tworzy ciekawą atmosferę, by w refrenie zetrzeć się muzycznie z męskim, nieco opętanym głosem. Ja przed oczyma widzę dziewczynę uciekającą w lesie przed starszym, demonicznym mężczyzną.

"Slow Love, Slow" rozpoczyna się bardzo spokojnie, jest to taka cisza przed burzą. Wokal Anette w tym kawałku jest bardzo sensualny, kobiecy. Pobrzmiewający fortepian nadaje szlachetności i zmysłowości piosence. Buduje atmosferę.

"I Want My Tears Back" to druga z moich ulubionych piosenek. Rozpoczyna się bardzo energetycznie, pobrzmiewa w niej męski wokal, słychać flet i inspirację muzyką ludową Irlandii. Refren zapada w pamięć po pierwszym przesłuchaniu, jest on swoistym dialogiem pomiędzy Anette a mężczyzną.

"Scaretale" rozpoczyna się od dziecięcych głosów, brzmi to niewinnie, anielsko, ale po chwili ów spokój zostaje zmącony, zaczynamy słyszeć skrzypce, niepokój narasta, atmosfera staje się coraz bardziej mroczna.

"Arabesque" kojarzy mi się z niebezpieczną, samotną, egzotyczną podróżą. Pobrzmiewają w niej orientalne nuty.

"Turn Loose the Mermaids" kojarzy mi się po raz kolejny z kołysanką, z opowieścią dla dzieci, która ma je uspokoić. Po raz kolejny nie mogę wyjść z podziwu nad elfim głosem Anette, który wprowadza mnie w ezoteryczny świat. Mam wrażenie, że słucham opowieści o długiej wędrówce.

W "Rest Calm" pobrzmiewa swego rodzaju nieuchronność, widać resztkę woli walki. Wyczuwa się zwycięstwo sił mroku. Piosenka składa się z naprzemiennie ułożonych mocniejszych momentów, w których głos Anette jest mocniejszy, ostrzejszy. Męski głos cały czas jest silny, ostry, pełny gniewu, gdy Anette prowadzi z nim dialog, wówczas brzmi ostro. Ale są też momenty wyciszenia, ukojenia, chwile złudnego spokoju.

The Crow, the Owl, and the Dove” to stosunkowo spokojna piosenka, która ponownie jest męsko-żeńskim dialogiem, tym razem nie ma tu walki. Panuje pełna zgoda. Ja tę piosenkę interpretuję jako pogodzenie się z tym, co nieuchronne. W połowie piosenki możemy usłyszeć flet, do którego mam słabość, bo uważam, że za jego sprawą można się przenieść w owiany mgłą las.

Last Ride of the Day” od początku rozpoczyna się dynamicznie. Jest to swego rodzaju ostatni akt walki, od początku odnoszę wrażenie, że otwierają się wrota wieczności. Trwa walka śmierci z życiem. Bardzo podoba mi się bogate instrumentarium i kojący głos Anette, który czasami nabiera delikatnej ostrości. Słuchając jej, widzę otchłań, która wciąga.

Imaginaerum” to utwór instrumentalny. Mam wrażenie, że stanowi on pomost pomiędzy światem żywych a umarłych. Artysta przekracza bramy wieczności. Po kilkudziesięciu sekundach rozbrzmiewa pokład muzyczny, który nawiązuje do „Storytime”, ale ma dużo bardziej podniosły charakter.

Song of Myself” trwa ponad 13 minut. Jest to najdłuższy utwór, który moim zdaniem nawiązuje do Sądu Ostatecznego. Głos Anette brzmi niczym szepty wyroczni. Po czym staje się niezwykle energetyczny. Tyle moich wyobrażeń. Tekst jest niezwykle poetycki, bardzo rzadko można spotkać się z taką maestrią we współczesnej muzyce. Za to uwielbiam Nightwish. Tworzą wspaniałą muzykę, atmosferę, a także teksty będące same w sobie dziełem sztuki i ten wokal. Jestem pod wielkim wrażeniem.

Muzyka Nightwish potrafi przenieść w inny wymiar, dlatego chętnie jej słucham, żeby choć na chwilę oderwać się od codziennych problemów.

A Wy przesłuchaliście już najnowszy album Nighwisha? Jakie uczucia towarzyszyły jego przesłuchaniu? Przekonaliście się do Anette? A może od początku ją lubicie?



niedziela, 25 grudnia 2011

Abracadabra Gothic Tour jako tournee promujące album "Bordeaux"

W końcu mam więcej czasu i wreszcie mogę opowiedzieć o swoich przeżyciach związanych z tegoroczną trasą Abracadabra Gothic Tour Closterkellera, które minionej jesieni promowało najnowszy album tej grupy zatytułowany "Bordeaux".

Swoją przygodę z Closterkellerem rozpoczęłam dobrych parę lat temu. Był to jeden z pierwszych zespołów grających gotyk, z którym się zetknęłam. Z czasem zaczęłam poszerzać swe horyzonty w obrębie szeroko pojmowanego gotyku. Odkąd pamiętam interesowały mnie wykłady z Anją ze względu na jej ogromną charyzmę. Nie wstydziła przyznać się, że poprawiła sobie biust, że ciąża i karmienie piersią nie spowodowały cudownego zwiększenia miseczki. Ponadto stroje i aurę, jaką wytwarzała wokół siebie Orthodox robiły wrażenie.

Zamiłowanie do Closterkellera odziedziczyłam po mamie, która, jak się niedawno okazało, słuchała pierwszych albumów zespołu. Nie ukrywam, że też mam ogromny sentyment do starszych albumów, jak chociażby "Purple", "Violet" i "Scarlet". Swoją drogą bardzo podoba mi się zwyczaj nadawania płytom tytułów. Nazwy albumów są zawsze "kolorystyczne".

Mam kilka piosenek, do których zawsze powracam, które potrafią mi się włączyć w głowie ni z gruszki, ni z pietruszki.  Są to "Władza", "Scarlett, "Graphite", "Alicja", "Immanoleo", "W moim kraju", "Lunar", "Nocarz", "Dwie połowy", "Violette", "Senne macanki", a ostatnio również "Halo Ziemia" i "Tyziphone".

Closterkeller cenię za znakomitą muzykę i świetne, często wkraczające na pole liryki, teksty autorstwa Anji.  Jeśli chodzi o tekst, to chyba najbardziej zapadł mi w pamięć ten z "Władzy" i  utworu "Dwie połowy".

Poprzestanę na tych ogólnych wiadomościach i odczuciach, teraz zajmę się koncertem promującym najnowszy album, na którym byłam w połowie października. Wprawdzie trochę czasu już minęło od tamtej pory, ale takich koncertów się nie zapomina. W tym roku znalazłam sobie towarzystwo. Okazało się, że moje koleżanki z roku również słuchają Closterkellera. Z jedną koleżanką umówiłam się na koncert jeszcze we wrześniu, gdy bawiłyśmy się na Comie. Niestety, nie mogła pójść na koncert, bo na dwa dni przed występem Anji dostała gorączki, potem nie mogła odżałować, że zabrakło jej na występie. Drugą koleżankę zapytałam, czy słucha gotyku, bo widziałam jej awatar na forum roku i bardzo przypadł mi do gustu. Okazało się, że podobnie jak ja jest wielką fanką Closterkellera, Artrosis i Nightwisha.

Na koncert planowałyśmy się ubrać trochę gotycko, ale niesprzyjająca aura odwiodła nas od tego pomysłu. Nasze kreacje były za cienkie. Skończyło się na ciemnych spodniach i gorsecie, a także kozakach, które w moim przypadku były jedynymi butami nadającymi się na taką pogodę, które nie były zbyt wysokie. Za to zaszalało się z makijażem, mieszając ciemny matowy fiolet z ciemnym matowym brązem.

Na koncert szłam przesłuchawszy płyty "Bordeaux". Uważałam ją za lepszy album niż "Nero", miałam jedną piosenkę, której mogłam słuchać na okrągło, ale do reszty piosenek nie byłam tak przekonana jak do utworów ze  "Violette" czy "Purple". Z koleżanką zastanawiałyśmy się, czy Closterkeller będzie promował wyłącznie najnowsze dzieło, czy wplecie w to także starsze kawałki. Gdy Anja zadeklarowała, że tego wieczoru czeka nas możliwość przesłuchania całego albumu na koncercie, ucieszyłam się, że usłyszę "Halo Ziemia", jednocześnie byłam ciekawa, jak wypadną pozostałe utwory.

Anja wykonywała kolejne piosenki z "Bordeaux" według kolejności ich umieszczenia na płycie. Na samym początku powiedziała, że te piosenki nie są luźnymi tworami, tylko tworzą całą opowieść, co pewien czas przerywała występ, by wprowadzić słuchaczy w atmosferę opowiadanej historii.  Opowieść oczywiście dotyczyła miłości, jej poszczególnych etapów, przemijania. "Halo Ziemia" stanowiła odzwierciedlenie najprzyjemniejszego etapu każdego związku, "Bez odwrotu" było jego kontynuacją, po "Miodowym kwadransie" coś zaczynało się sypać. Rzeczywiście całość sprawiała wrażenie pewnej powieści, opowiedzianej w nietypowy sposób.

Anja dużo gestykulowała podczas występu, co naprawdę budowało mroczną, tajemniczą, oniryczną atmosferę. Poza tym z koleżanką nie mogłyśmy przestać podziwiać jej stroju. Jej kreacje zawsze dostarczają wspaniałych przeżyć o charakterze estetycznym.

Ale na scenie widoczna była nie tylko wokalistka, ale również wspaniały gitarzysta, Mariusz, którego talent niewątpliwie robił wrażenie.

Przed koncertem "Tyziphone" nie należała do moich ulubionych piosenek, aczkolwiek zaczerpnięcie z mitologii, bardzo przypadło mi do gustu. Na koncercie piosenka zyskała inny charakter, poczułam jej atmosferę, przesłanie. Obydwie z koleżanką byłyśmy pod ogromnym wrażeniem tego kawałka. Tego się nie dało wysłuchać, stojąc jak kołek;) "Bordeaux" i "Bez odwrotu" także zabrzmiały zupełnie inaczej niż na płycie. I na żywo bardziej przypadły mi do gustu. Dzięki koncertowi na pewno bardziej przekonałam się do płyty, zaczęłam ją też inaczej interpretować.

Ale na piosenkach z "Bordeaux" koncert się nie skończył. Anja wraz z zespołem wykonali jeszcze parę stałych kawałków, powszechnie znanych, przez co atmosfera się rozluźniła i można się było wreszcie wyszaleć.

Świetny kontakt z publiką to coś, co sprawia, że zespół utrzymuje się na scenie latami. Closterkeller ma ten dar. Anja potrafi nawiązać wspaniały kontakt z publiką, zażartować. Jest to coś, co obecnie rzadko się spotyka. Na wszelkiej maści festiwalach ów kontakt sprowadza się do pytania: "Jak się bawicie". Anję stać na więcej;)

Kiedy następny koncert? Czasami chodzę i smęcę, powtarzając to pytanie, bo naprawdę bawiłam się rewelacyjnie. Przydałoby się ponownie podładować akumulatory. Z niecierpliwością czekam na kolejny koncert Closterkellera w moich okolicach.

niedziela, 11 grudnia 2011

Finał "The Voice of Poland"

Pozostanę monotematyczna i opiszę dziś swoje odczucia związane z finałem "The Voice of Poland". Po pierwsze, nie przypuszczałam, że dwa rockowe głosy znajdą się w finale tego programu. Nie przypuszczałam, że widzowie postawią na Damiana Ukeje. Byłam pewna, że chłopak zaistnieje dzięki programowi w świadomości Polaków, ale w finale znajdzie się Monika, która najczęściej przechodziła z pierwszego miejsca.

Nie spodziewałam się również awansu do odcinka finałowego Piotrka Niesłuchowskiego, który moim zdaniem jest genialny. Ten z pozoru niedbały wokal, ruch sceniczny i energia amerykańskiego punkowca, robią wrażenie;) Ja podczas jego wykonań nigdy się nie nudziłam, zawsze czułam niedosyt. Podobnie jak w przypadku Damiana.

Swoją drogą Antek Smykiewicz w niektorych kawałkach również ocierał się o rock, a konkretnie o pop-rock.

Awans tych chłopaków był dla mnie wielką niespodzianką, do końca nie wierzyłam, że "The Voice of Poland" zostanie Damian, który ma męski, silny wokal idealnie pasujący do kawałków Metalliki. Myślałam, że nasze społeczeństwo jeszcze nie dojrzało do wyboru tak charakterystycznych wokalistów.

Jestem bardzo zadowolona ze zwycięstwa Damiana, aczkolwiek nie pogniewałabym się, gdyby "The Voice of Poland" został Piotrek.  Obydwoje udowodnili wczoraj, że zasłużyli na awans do finału.

Damian znakomicie poradził sobie z "Enter Sandman", niełatwo jest mierzyć się z legendami, zwłaszcza gdy wokalista zespołu jest osobą tak charyzmatyczną.  Duet z Nergalem był niezwykle udany. "Highway to Hell" miało moc:)  Aż chciało się pobawić przy tym kawałku;) Bardzo lubię singiel "Nie mamy nic", ponieważ jest bardzo zbliżony do twórczości Roguca. Na pewno odbiorcy podzielą się na dwa obozy. Tych, którzy uznają to za grafomaństwo i tych, którzy dostrzegą w tym ciekawy przekaz;) Mam tylko nadzieję, ze Damian wyda dobrą, rockową płytę, a nie jakąś papkę.

Piotrek z kolei rewelacyjnie wypadł w uwielbianej przeze mnie piosence Wilków "Nie stało się nic". Zaśpiewał ten kawałek inaczej niż Robert, za co plus:) Przez Piotrka zakochałam się w "Sex on Fire" i nuciłam ten kawałek przed kolokwiami w minionym tygodniu.  Singiel Piotrka to rockowa ballada, która wpadła mi w ucho od pierwszego przesłuchania. Ma potencjał, by zaistnieć w co ambitniejszych rozgłośniach radiowych. Jego duet z Anią Dąbrowską mnie zaskoczył. Wiedziałam, że Piotrek sobie poradzi w hipisowskim kawałku, ale nie przypuszczałam, ze Ania potrafi się tak bawić i być tak energetyczną:)